Przedstawiam Wam moją bohaterkę Juttę Richter. Nie wiem, jak długo będzie mi towarzyszyła na tym blogu, ale od kogoś trzeba zacząć!
Historia Jutty Richter
Jutta urodziła się za wcześnie i wynikło z tego trochę kłopotów. Nie tylko dlatego, że w szpitalu „Pod bocianem” wcześniakom nie dawano wielu szans na przeżycie, ale zdrowie mamy, pani Richter przez kilka dni wisiało na włosku. To może i lepiej, że wszystko działo się bez obecności męża. Ostatecznie, kiedy dziecko i mama doszły do zdrowia, trafiły pod opiekę rodziców mamy i zamieszkały wspólnie w parterowym domku przy Mirchauer Weg (Partyzantów) pod nr 30 w Langfuhr (Wrzeszcz).
Mała Jutta lubiła to miejsce. Zawsze coś się działo w pobliżu. Z tyłu domu znajdowała się nowa remiza strażacka i dochodziły stamtąd różne dźwięki i zapachy. Ulubiony widok Jutty to konie karmione przez strażaków. Choć już coraz rzadziej brały udział w akcjach gaśniczych ciągle były doglądane i szanowane. Nowe lśniące i szybkie wozy strażackie powoli zastępowały zwierzęta.
Za remizą tuż pod lasem stał wielki murowany dom. Dorośli nazywali go sierocińcem i Jutta za każdym razem, kiedy przechodziła obok, patrzyła na niego z lekkim przerażeniem. Nie raz słyszała to straszne słowo – sierota, nawet z ust babci i bała się, że kiedyś trafi do tego domu. Współczuła dzieciom, które latem chodziły boso, a zimą w wełnianych skarpetach i ciężkich trzewikach. Na razie nie czuła potrzeby, aby zapytać babcię, dlaczego tam trafiły.

Komentarze
Prześlij komentarz